Polityka prywatności Mapa strony
Home O nas Nakład i dystrybucja Reklama Jak otrzymać Hurtownie dla cateringu Archiwum Kontakt
FELIETON

Fellieton - Odpust i dopust


Autor: Tadeusz Olszański

ODPUST I DOPUST

Słoneczny, ciepły majowy weekend. Szczęśliwicki park na warszawskiej Ochocie, tłumy ludzi, mnóstwo dzieciaków. W parku znajdują się dwie sympatyczne restauracyjki z ogrodami plus jeden pub, a na obrzeżu jeszcze dodatkowo elegancka restauracja „Meltemi". Wydawałoby się, że miejsc starczy dla każdego, ot, choćby w taki wyjątkowy dzień z chwilką poczekania na stolik. A jednak nic podobnego! Wszystko zajęte, pełny zawał! Bo to majowa niedziela, komunijna!

W „New West Side" nad szczęśliwickim jeziorkiem wprawdzie tylko dwa przyjęcia na duże stoły, w sumie kilkadziesiąt osób, ale pozostałe stoliki nie są obsługiwane, grill na zewnątrz nieczynny, w barku nawet szklanki wody nie podadzą. Opodal w równie barwnym z nazwy „Ping Flamingo" tylko jedno przyjęcie, ale kompletnie załamana załoga nie daje sobie rady i grzecznie przeprasza gości, choć pół sali puste. No, ewentualnie piwo przy barku, na które zresztą przyjdzie poczekać pół godziny. W pubie „Drawska" dwa grille pracują pełną parą, ale kolejka naprzód do kasy, a następnie po kiełbaskę i pyszne ziemniaki w srebrzystej folii co najmniej godzinna. W dodatku w „Meltemi" również komplet! Można się cieszyć z powodzenia gastronomii i płakać zarazem z powodu nieporadności i braku przewidywania aż takiego powodzenia. W końcu wszelkie tego rodzaju odpustowe sytuacje spowodowane wcześniejszymi w końcu rezerwacjami są nie tylko do przewidzenia, ale i coraz częściej się zdarzają. Z Krakowa i Wrocławia dobiegły do mnie głosy o podobnie intensywnym obłożeniu w majowe weekendy zwłaszcza ogródkowych restauracyjek, a więc zjawisko jest chyba znamienne dla tego typu lokali w większych miastach.
Odpust odpustem, trudno się mówi, przeczekamy do spacerku i obiadku w parkowej knajpce do następnej niedzieli, ale jest jeszcze pewien gorszy dopust.
Na Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie przyjeżdża mnóstwo gości więc zawitał też jeden z moich węgierskich przyjaciół, profesor socjologii Pal Tamas. Zapraszam go na polskie pierogi, do znanej z tej specjalności „CK Oberży" przy Chmielnej, na wprost Pałacu Kultury, gdzie odbywa się impreza. Zamawiamy pierogi i po piwie, miły kelner uprzedza, ze na pierogi przyjdzie nieco poczekać. Zgoda, nie ma sprawy, ale poprosimy coś pod piwko. O, w karcie są grzanki, jedne z czosnkiem, drugie zapiekane z serem. Pijemy piwo i profesor nie może się nachwalić naszych browarów. Na Węgrzech same zagraniczne i z wyjątkiem czeskich niech się schowają wobec polskiego piwa. Zagłębiamy się w problemy wydawnicze, co się na polskim i węgierskim rynku ukazuje i ani spostrzegamy się jak strzeliło pół godziny, piwko wpite, a grzanek jak nie było, tak nie ma!

- O rany - pytam kelnera - co z tymi grzankami?

- Właśnie się grzeją! - odpowiada.

- Czy nie za długo? Przecież w domu potrzebuję na to góra 5 minut!

- Ale u nas są z zamrażalnika! - tłumaczy rozbrajająco.

I to z głębokiego zamrażania! Czuję to zresztą po smaku i nawet czosnek nie zmieni plastikowości grzanek. To samo z pierogami. Ciasto na sklejeniach jest rodem z Grenlandii. Profesor delikatnie okraja ciasto obrzeży i delektuje się smakiem nadzienia pierogów, ale ja klnę w duchu i dochodzę do wniosku, że zamrażanie i mikrofalówka coraz bardziej zaczynają niszczyć dobrą markę naszej kuchni wcale nie skracając czasu czekania na potrawy, a nadając natomiast wielu potrawom plastikowej konsystencji. Profesor Tamas chwali nie tylko polskie piwo, ale zachwyca się już ogromną ofertą naszego rynku księgarskiego, błyskawiczną reakcją wydawców na światowe hity, a ja właśnie dochodzę do wniosku, że całe szczęście w tym, iż nie zamówiliśmy pod piwko frytek albo takiego dania na szybki lunch, w którym owe frytki by figurowały. Lata, bowiem minęły od krojonych przez kuchcików na frytki kartofli i już wszędzie, w renomowanych nawet restauracjach, prosto z zamrażalnika sypie się frytki na patelnię z fryturą. Profesor dostrzega moje zasępienie i bez pudła zmienia temat: - Piwo znakomite, pierogi były smaczne i zastanawiam się nad tym, gdzie cię zaproszę, jak przyjedziesz do Budapesztu. Globalizacja zniszczyła, bowiem naszą węgiersko-paprykową kuchnię, uczciwego gulaszu nie uświadczysz, wszędzie same dewolaje, knajp pełno, ale nie nadążają za tłumem turystów i w dodatku jeszcze wszędzie zamrażarki i mikrofalówki. Otóż to - globalizacja gastronomii! Technologiczna taśma zamiast sztuki kulinarnej.

 







Projekt i wykonanie: a-tech.pl
Copyright by Poradnik Restauratora 2009 (c), wszystkie prawa zastrzeżone!