POWÓDŹ ZA NAMI, CZAS NA PROMOCJĘ MIAST
Minęły już dwa miesiące od tragicznej powodzi w Polsce. Zalane hotele, restauracje, kawiarenki oraz poniszczona infrastruktura to straty, które branża gastronomiczno-turystyczna musi teraz odrobić.
Województwo świętokrzyskie i lubelskie to - obok Śląska - regiony najbardziej poszkodowane tego roku przez wielką wodę ze względu na rozległość powodzi i jej nawrót w te same miejsca. Redakcja Poradnika Restauratora postanowiła udać się na te tereny i zobaczyć, jakie straty woda poczyniła w gastronomii i turystyce.
Tegoroczny sezon w Kazimierzu Dolnym w niczym nie przypomina dotychczasowych. Miasteczko świeci pustkami. Powodem jest oczywiście powódź, która dotknęła wiele rejonów Polski.
- Z powodu tegorocznej powodzi ucierpiała także Lubelszczyzna. W Kazimierzu Dolnym powodzi jednak nie ma. Miasteczko nie zostało zalane, ani przy pierwszej, ani przy obecnej - drugiej fali na Wiśle. Media bardzo często podawały informacje o gminie Wilków, czy też o Janowcu, opisując położenie tych miejscowości, jako sąsiadujących z miastem Kazimierz Dolny. Poprzez takie informacje jest bardzo niewielu turystów. Mieszkańcy, którzy żyją głównie z turystyki, narzekają, że wciąż odwoływane są rezerwacje, nawet te na wakacje. Turyści boją się powodzi. Powodzi, której w Kazimierzu nie ma. Co prawda, gdy woda w Wiśle się podnosiła (22-23 maja br.) apelowałem, aby turyści nie przyjeżdżali. Jednak dziś zapraszam do Kazimierza Dolnego ponownie i zapewniam, że miasto i jego atrakcje funkcjonują podobnie, jak przed powodzią. W Urzędzie Miasta już trwają intensywne działania promocyjne - dodał Grzegorz Dunia, burmistrz Kazimierza Dolnego.
Natomiast klęska, jaka spotkała Sandomierz może być jeszcze większa. Wystraszeni powodzią turyści przestali przyjeżdżać do miasta, które z nich się utrzymuje.
- Powódź w Sandomierzu dotknęła tereny zwane Nadbrzeziem, po prawej stronie Wisły, bardziej przemysłowe i mieszkalne, ale nie zagroziła lewobrzeżnej, zabytkowej części miasta. W czasie powodzi prawie wszyscy mieszkańcy Nadbrzezia zostali ewakuowani. Zalanych zostało około 820 budynków, 5 obiektów małej gastronomii, 6 hurtowni spożywczych. Powódź dotknęła ponad 2,5 tys. mieszkańców miasta. Niektóre budynki zalane były do pierwszego piętra. Niestety wiele lokali było nieubezpieczonych. Musimy się liczyć z bardzo dramatycznymi skutkami powodzi - mówi Marek Bronkowski, wiceburmistrz miasta Sandomierz, a zarazem szef Sztabu Powodziowego.
Lokale gastronomiczne są w tym rejonie nadal nieczynne. Jednak policja i inne służby pilnują dzielnicy i właściciele nie muszą się martwić o drobne kradzieże. Sztab Powodziowy w Sandomierzu wydał nawet specjalny komunikat, mówiący o tym, iż na zalane dzielnice w szczególnych, jedynie uzasadnionych przypadkach, mogą przedostać się tylko osoby tam zameldowane. Służby mundurowe każdorazowo żądają okazania dowodu osobistego Maj i czerwiec to miesiące, w których do Sandomierza przyjeżdżają głównie wycieczki szkolne, a w weekendy miasto oblegają turyści.
- Jednak powódź sprawiła, że blisko 90% grup zorganizowanych zrezygnowało z czerwcowej wizyty w mieście. Powodem jest strach przed ewentualnymi skutkami powodzi. Nie dość, że ludzi dotknęła ta straszna powódź, to jeszcze tracą źródła utrzymania, a miasto dochody - mówi Ewa Kondek, naczelniczka Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu Urzędu Miasta w Sandomierzu.
Dlatego Marek Bronkowski, wiceburmistrz miasta zaapelował, by turyści nie zostawiali Sandomierza. - Wszystkie zabytkowe obiekty są czynne i ogólnodostępne. Działają lokale gastronomiczne, hotele, pensjonaty i kwatery. Nie odwołaliśmy też zaplanowanych na czerwiec i lipiec imprez kulturalnych. Pewnie zaraz posypią się gromy, ale uważam, że to dobre posunięcie. Jeśli do Sandomierza przestaliby przyjeżdżać turyści, byłby to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Miasto potrzebuje turystów, bo oni pozwalają nam wrócić do normalnego życia. Odwiedzajcie nasze miasto - mówi wiceburmistrz miasta Sandomierz.
Zdaniem Polskiej Organizacji Turystycznej miasta, które nie będą się teraz aktywnie promować, nie mają co liczyć na odwiedzających. Dotyczy to zwłaszcza miast leżących wzdłuż biegu Wisły, których okolic dotknęła powódź.
- Medialny przekaz był bowiem dużo gorszy niż rzeczywistość. Wystraszył nam klientów. Miasta nie zalała woda. Jednak apele władz na początku powodzi o omijanie Kazimierza oraz informacje o zamknięciu drogi dojazdowej od strony Puław, mimo unormowania się sytuacji, będą skutkować dłużej - twierdzi Marcin Marciniak, właściciel restauracji Kwadrans w Kazimierzu Dolnym.
Podobnego zdania jest Dominika Gefrerer, właścicielka kawiarni Kordegarda w Sandomierzu. - Stacje telewizyjne pokazywały zalane domy, ulice, tragedię ludzi, co jest zrozumiałe, ale nikt nie wspominał, że powódź dotyczy tylko niewielkiego obszaru naszego miasta. Wielka woda nie sparaliżowała starówki. Czynne są wszystkie lokale gastronomiczne, hotele, zabytki. Jedyne, czego nam brakuje, to turystów. Gołym okiem widać puste ogródki, ulice, po których o tej porze roku spacerowali turyści - mówi pani Dominika.
Z wielką wodą zmagał się też Tarnobrzeg (woj. podkarpackie). Podczas powodzi ewakuowano 4 tys. mieszkańców miasta. Wisła zalała tarnobrzeskie osiedla: Wielowieś, Sielec, Sobów i Zakrzów. - Koniec świata - tak mówili mieszkańcy kilku osiedli zalanych wodą z pękniętych wałów. Nikt nie spodziewał się tu takiego kataklizmu.
Mieszkańcy zalanej przez wody Wisły dzielnicy Wielowieś jeszcze nie uporali się ze sprzątaniem. Na niektórych terenach, bowiem woda wciąż zalega. Jednak według mieszkańców, nie to jest najgorsze. Naniesiony przez powódź muł leży na ulicach i wszędzie czuć zgniliznę, a zalane po powodzi domy, sklepy i knajpki są wielką wylęgarnią zarazków i pleśni.
- Pierwsza powódź miała miejsce 19 maja, woda zaczęła przelewać się ok. godziny 6.30. Powódź była zupełnym zaskoczeniem, nikt nie informował o zbliżającym się zagrożeniu. W budynku było ok 1,5 m wody. Siła i napór pędzącej rzeki był tak ogromy, że lodówki i zamrażarki były poprzewracane, wszędzie porozrzucany był towaru z magazynu, a szyby potłuczone. Zalana żywność z kuchni nadawała się tylko do wyrzucenia. Tego nie da się opisać. W tydzień jednak udało nam się posprzątać zajazd. Zamówiliśmy firmę dezynfekującą, poczym po 2 dniach przyszła kolejna powódź. To, co poprzednio uratowaliśmy, popłynęło. Nie wiem, kiedy otworzymy restaurację, bowiem straciliśmy całe wyposażenie lokalu. To, co budowaliśmy przez tyle lat, w jednej chwili odeszło z wodą - mówi Aleksandra Weryńska z Zajazdu Anna w Tarnobrzegu.
Z powodu nieprzejezdnych dróg i mostów coraz trudniejsze staje się także dostarczenie towarów do lokali gastronomicznych w wyznaczonym czasie i po uzgodnionych wcześniej kosztach.
Chociaż skala zniszczeń nie została jeszcze oszacowana, wg Polskiej Organizacji Turystycznej najbardziej ucierpiały małe, rodzinne firmy, które w ostatnim czasie zainwestowały znaczne kwoty w rozwój własnego biznesu. Mogą one jednak ubiegać się o pomoc od państwa. Wypłacane są już zasiłki w wysokości 6, 20 i 100 tys. zł, w zależności od zniszczeń. Powoli ruszają też programy odbudowy infrastruktury: łatanie dróg, wzmacnianie wałów, budowa nowych obiektów przeciwpowodziowych.
Jednak zarówno restauratorzy, jak i hotelarze mają nadzieję, że po unormowaniu sytuacji w kraju na rynku turystycznym nastąpi odbicie i liczba turystów wzrośnie