NAJLEPSZE SĄ TAKIE KNAJPKI, W KTÓRYCH JEDZĄ ZWYCZAJNI LUDZIE
Karolina Domeracka: Jakie znaczenie ma dla Pana określenie „zdrowa kuchnia, zdrowe jedzenie"?
Mało tłuszczu, lekkie potrawy, niestety rzadko mam z nią kontakt.
Wcielał się Pan w rolę prowadzącego w licznych programach telewizyjnych o zróżnicowanej tematyce. Gdyby zaproponowano Panu poprowadzenie programu utrzymanego w konwencji „Anthony Bourdain: No Reservations", czy podjąłby się Pan takiego wyzwania?
Trafiła Pani w punkt. Tak się składa, że to jeden z takich programów, które zawsze chciałem prowadzić. Połączenie programu kulinarnego, podróżniczego i extreme. Anthony to niezwykła osobowość, no i budżet programu jest imponujący, co zresztą zarzuca mu w spocie promującym jego szef.
Widelcem po mapie - czyli jaki kraj skusiłby Pana do dłuższego w nim pobytu, biorąc jednak pod uwagę tylko i wyłącznie jego walory kulinarne?
Raczej kraj z Azji. Bardzo lubię ostrą kuchnię. Czyli Indonezja, Wietnam, Tajlandia itp. Myślę, że ciekawa byłaby też Japonia.
W TVP2 prowadził Pan program „Pytanie na śniadanie". Jednym z elementów programu było tzw. „live cooking". Jaka potrawa zrobiła na Panu największe wrażenie i kto był jej autorem?
W negatywnym tego słowa znaczeniu na pewno ślimaki. Kiedyś mój serdeczny kolega, słynny kucharz Robert Sowa uraczył nas zapiekanymi ślimakami. Po konsumpcji okropnie mnie zemdliło. Traumatyczne przeżycie, którego niestety świadkami byli widzowie. Do dziś, gdy spotykam Roberta wypomina mi, że nie doceniłem jednego z najbardziej wykwintnych dań kuchni francuskiej.
Czy pamięta Pan może jakąś zabawną sytuację związaną właśnie z gotowaniem na ekranie?
Jestem potwornym łasuchem. Kocham słodycze. Wszyscy się zawsze ze mnie śmieją, że kiedyś w programie gościliśmy jakieś piękne kobiety, bodajże Miss Polski, a ja na napisach końcowych zamiast je kokietować, zostałem przyłapany na podjadaniu ciasta, które nasz gość upiekł w trakcie programu.
Co oznacza stwierdzenie, iż ma Pan „prymitywne podejście do jedzenia"?
Przede wszystkim niestety nie umiem gotować, a od mikroskopijnych porcyjek francuskich przysmaków, wolę dobry, koniecznie ostry kebab z baraniny w „budzie". O ile oczywiście prowadzi ją jakiś przybysz z Bliskiego Wschodu. Nie jestem fanem ekskluzywnych restauracji, w których wszyscy wzdychają nad pojedynczym kęsem potrawy za średnią krajową, a kelner patrzy na mnie podejrzanym wzrokiem, bo nie spełniłem rygorystycznych zasad lokalowego „dress codu". Wychodzę z założenia, że najlepsze są takie knajpki, w których jedzą zwyczajni ludzie. Do tej zasady stosuję się szczególnie, gdy jestem za granicą. Uwielbiam takie proste jedzenie. Np. gdy jestem w krajach śródziemnomorskich lubię usiąść na jakimś murku, najchętniej nad morzem i jeść świeże oliwki, ciabatę lub podobne pieczywo, wędlinę późno dojrzewającą (tak to się chyba nazywa), oczywiście parmezan lub podobny ser, a wszystko popijać dobrym, wytrawnym, czerwonym winem, raczej ciężkim, np. Bordeaux. Rzecz jasna... z butelki.
Na słodko czy raczej słono - rozwijając myśl - tygrysie krewetki podsmażane na maśle, czy chałwa w akompaniamencie czekolady i wafelków. Na którą z tych potraw padłby wybór?
Chyba jednak słodycze. Lubię niemal wszystkie, no może poza owocowymi kremami do tortów.
Dziękuję za rozmowę.
FOT.TVN/JILIA KUŁAGA