NIKIFOR się KŁANIA
Śniegi bielą nie tylko zbocza wzgórz Krynicy, ale także głaszczą moje serce widokiem ogromnego rozmachu tego uzdrowiska. A zwłaszcza towarzyszącej mu gastronomii. Tadeusz Olszański.
Mnóstwo w tej górskiej Krynicy, położonej na południowych rubieżach zrobiono w ostatnich latach, nim kryzys zapukał do naszych drzwi. I być może wkrótce doczekamy, że w dobie liczenia każdego grosza całkiem korzystnie będzie pojechać na narty właśnie w Beskidy. Nie mówiąc już o kuszących urokach miejscowej gastronomii. Liczne wyciągi krzesełkowe, najdłuższa w Polsce kolejka gondolowa, wspaniałe trasy narciarskie na Jaworzynie i Słotwinie, gwarantują pełny komfort narciarski. Mam niepłonną nadzieję, że kryzys zmusi właścicieli tych urządzeń do obniżenia cen karnetów za wyciągi, tak, aby się właśnie do Krynicy opłacało jeździć. Dobry lokalny transport, przepiękne parki, stary dom zdrojowy, łazienki borowinowe, muszla koncertowa, pensjonaty, hotele, kawiarnie, bary, puby, kryte pływalnie, a w wymienionej już powyżej Jaworzynie nowoczesne luksusowe SPA. Jest wszystko i do tego jeszcze... historia. To przecież dobre sto lat temu za czasów Młodej Polski Modrzejewska, Matejko, Reymont i Sienkiewicz zaczęli lansować cudowne wody tego uzdrowiska, a w okresie międzywojennego dwudziestolecia rozgłosu nadał Krynicy Jan Kiepura ze swoją żoną Martą Eggerth, śpiewając operowe arie na balkonie swojej willi - dziś ogólnie dostępnym hotelu - „Adria". Swobodnie możemy tam dziś wpaść na kawę, obiad czy wieczorem na dancing! Tej historii jest w Krynicy na każdym kroku, od deptaka i pijalni wód poczynając, a na Górze Parkowej kończąc. Ciągnie mnie wszakże do najnowszej, jakże jednak znamiennej i związanej ze współczesnością postaci, a mianowicie niepowtarzalnego artysty-samouka - Nikifora! Nazywał się Epifamiusz Drowniak, urodził się w Krynicy w 1895 r., zmarł w 1966 r. Był Łemkiem, rodowitym synem tej ziemi. Żył w biedzie, malował inaczej niż wszyscy. Ze swoim wiernym psem-towarzyszem, przesiadywał na murku w parku uzdrowiskowym, sprzedawał za grosze swoje obrazki, malowane na tekturce lub pudełkach po papierosach albo zapałkach. I dziś siedzi w tym samym miejscu na swoim murku, tyle, że jest już ze spiżu, opodal Muzeum jego imienia, czyli Nikifora. Jednego z najważniejszych miejsc w Krynicy. Być tam i nie odwiedzić Muzeum Nikifora, to tak, jak w Rzymie nie zobaczyć Papieża. Ale jest jeszcze coś, gdzie zwłaszcza warto dotrzeć. I to już sprawa naszego, gastronomicznego podwórka. W hotelu „Nikifor" przy ulicy Świdzińskiego wabi bowiem gości bodaj jedyna w naszym kraju regionalna karczma łemkowska „Kłyniec". Klasyczna krynicka willa z bierwion na kamiennej podmurówce. Była tam kiedyś i knajpka, w której pijał ponoć herbatkę Nikifor. Skoro karczma łemkowska - to i są całkowicie zapomniane łemkowskie dania. Skromne, bo Łemkom się raczej nie przelewało. Więc warianka, czyli łemkowska kwaśnica, z przewagą tutejszej kiszonej kapusty na tłustej wieprzowinie. Lepione ze smacznego twarogu kuleczki z miętą, zwane homiłkami. Klasyczne danie - opalanok, a więc przesmaczne placki ziemniaczane polane sosem śmietankowym. No i wyższa półka - rydze smażone, a także szaszłyk z jagnięciny. Przyznam, że wzruszyło mnie to podtrzymanie łemkowskich tradycji. W rachunku wzajemnych krzywd z czasów II wojny światowej, mamy bowiem za sobą naprzód działalność grup UPA, które znajdowały bądź wymuszały oparcie w zamieszkałych przez Łemków wioskach, a potem przeprowadzoną w rewanżu przez komunistyczne polskie władze akcję „Wisła". Pociągnięcie do zbiorowej odpowiedzialności wszystkich Łemków, przesiedlenie ich na Zachodnie Pomorze. Zniszczenie całej łemkowskiej kultury w regionie Beskidów. A zwłaszcza zatracenie przepięknych zabytkowych cerkiewek, z których niewiele się ostało. Po latach Łemkowie powoli i nielicznie zaczęli wracać na swoje ukochane połoniny. Zmieniły się one zasadniczo. Turystyka, a nie pasące się na zboczach owieczki, wille i piękne domy, a nie drewniane chałupy i chyba już tylko jedna z niewielu pozostałości kulturowych w postaci właśnie tradycji tego, co się tu ongiś jadało, przetrwała złe czasy. Szanujmy zatem sztukę kulinarną, bo niekiedy trwalsza bywa niż inne dziedziny kultury.