EURO i KUCHNIA
Wielkie imprezy sportowe mają to do siebie, że promują sztukę kulinarną kraju, w którym się odbywają. Na igrzyska olimpijskie, mundiale oraz piłkarskie mistrzostwa Europy przyjeżdżają setki tysięcy kibiców z całego świata i oczywiste, że przy okazji muszą coś zjeść i wypić.
Polska gastronomia ma zatem ogromną, nie tylko zarobkową szansę, gdyż w dużej mierze może również rozsławić naszą kuchnię. I akurat, w przeciwieństwie do aktualnego stanu budowy autostrad, modernizacji kolei oraz lotnisk czy też stadionów, nasze puby i restauracje są w pełni gotowe na przyjęcie każdej fali gości. Pisałem o tym zaraz po przyznaniu nam organizacji Euro 2012 („Tylko gastro gotowe na Euro"), a dziś mogę z pełnym przekonaniem powtórzyć, że Warszawa, Gdańsk, Poznań, Wrocław i być może Kraków - jeśli Ukraina nie zdąży z którymś ze swoich miast - potrafi nakarmić nawet nieprzebrane tłumy. I to smacznie, i szybko. Pytanie tylko czym? Tym, do czego przybysze z całej Europy są przyzwyczajeni w swoich krajach i co jedzą u siebie na co dzień, czy też smakołykami naszej kuchni? Z miejsca też odpowiadam na to pytanie: i jednym, i drugim! Nie mniej w tym temacie mam kilka uwag. Pozwolę sobie przypomnieć, że światowa kariera włoskiej kuchni zaczęła się dopiero w 1960 r., od olimpiady w Rzymie. Tak, tak! W 15 lat po zakończeniu wojny Włochy były ciągle biedne. Z ogromnym wysiłkiem przygotowały nowoczesne obiekty sportowe, ale eleganckich restauracji było niewiele. Kwitł handel uliczny, targowiska na każdym kroku i królowały pizzerie. Bo to było najprostsze. Piec węglowy, dwóch zagniataczy ciasta, pomidory, keczup, parmezan! Żadnych cudów z owocami morza czy ananasami w tych ulicznych pizzeriach nie było. I wszyscy zajadali się taką prostą pizzą, popijając Chianti. Byłem i dobrze zapamiętałem! Amerykanie również, bo mówiąc sportowym językiem skaperowali do siebie najlepszych pizzeolów i dzięki temu wkrótce powstała hawajska odmiana włoskiego placka, właśnie z ananasem. W 4 lata później podczas igrzysk w Tokio Japończykom nie udało się jeszcze wylansować swojego sushi, bo świat nie miał jeszcze do tego stopnia delikatnego podniebienia, ale na kolejnej olimpiadzie Meksykanie zrobili pierwszy krok w wylansowaniu swojej sztuki kulinarnej w stylu a la ranchero. Sztuki? To chyba przesada, bo była ona oparta o uliczne garkuchnie, przed którymi przestrzegano turystów, bo łatwo w nich było ponoć złapać amebę! Chyba że, drogi Amigo, naprzód liźniesz soli, którą nasypiesz w dołek przy kciuku zaciśniętej w kułak dłoni, chlapniesz dla dezynfekcji kieliszek tequili i w tym samym celu dosypiesz chili! No to się piło i jadło na ulicach, bo było to i najsmaczniejsze, i najtańsze, choć paliło, jak ogień. I wróciłem bez ameby! Mógłbym tak cytować bez końca, bo z okazji olimpiad i mundiali ostatnio każdy coś kulinarnie wygrywał. A to Niemcy golonkę i piwo, a Hiszpanie paellę. I znów osobiste wspomnienie, gdyż nie byłem w stanie przejść obojętnie obok ustawionych w pobliżu stadionów olbrzymich patelni ze smakowitą paellą, w której kłębił się ryż z chariso i owocami morza. Szansa przeto i dla nas ogromna pod warunkiem, że zastosujemy kilka nowych chwytów. Podczas tego rodzaju spędów nie wystarczy bowiem czekać w swoich lokalach na gości. Przyjdą oni do naszych knajp, najchętniej do pubów i ogródków, na głównych placach i starówkach turniejowych miast, ale już po meczach. Raczej się napić i coś drobnego zakąsić. Je się natomiast, idąc na mecz i już na stadionie. Więc tam nasi mistrzowie cateringu muszą rozbić swoje polowe kuchnie. Idealnie czyste, z szybkim serwowaniem, z ławami i stołami pod brezentowym dachem, bo miesiąc czerwiec zaczął u nas obfitować w deszcze, z chłodnymi napojami. I nisko procentowym piwem! Mam nadzieję - wręcz błagam - że dzięki Euro doczekamy się wreszcie i w Polsce piwa z zawartością poniżej 4 proc. alkoholu. Takiego jak w choćby w Czechach, nie mówiąc o Europie Zachodniej. Po dwóch naszych mocnych i super mocnych większość zagranicznych kibiców sprawi nam więcej kłopotów niż pożytku wynikającego z dobroci polskiej kuchni. Po pijaku bowiem po prostu zapomną o jej smaku!