ZAPRASZAMY NA KRESY
Co dwa lata regularnie jeżdżę w swoje rodzinne strony, do Stanisławowa (dziś Ivano-Frankiwsk) i do Lwowa, a więc na moje ukochane południowe Kresy II Rzeczypospolitej. I wracam, z obecnej już od 20 lat zachodniej Ukrainy, z różnymi refleksjami, dotyczącymi również gastronomii, która - było nie było - jest w pewnym stopniu lustrem rozwoju.
Długo nie zapomnę zdarzenia sprzed pięciu lat z przełęczy Tatarskiej, gdzie nasza grupa kresowian zatrzymała się, aby nie tylko nasycić wzrok pięknem szczytów Howerli oraz Iwana Popa, ale również pokrzepić ciało. W restauracji murowanego schroniska, pamiętającego czasy wspólnej granicy Polski z Węgrami z marca 1939 r., przyjęto nas serdecznie i zaproponowano ukraiński barszcz oraz pierogi. Pewne strapienie wywołał fakt, że jest nas dwa razy więcej niż głębokich talerzy, którymi dysponowała kuchnia. A było ich 10, więc spożyliśmy naprawdę smaczny barszcz i super domowe pierogi w dwóch rzutach. Większego wyboru zresztą nie mieliśmy, gdyż jakichkolwiek lokali gastronomicznych, po drodze i w mijanych miastach, było jak na lekarstwo. W Stanisławowie zresztą, liczącym dziś 240 tysięcy mieszkańców, było wtedy zaledwie kilkanaście, a więc o wiele za mało restauracji. Z gastronomią było więc gorzej niż krucho.
Dziś, postęp w tej dziedzinie rzuca się wręcz w oczy! Wokół stanisławowskiego ratusza pełno parasoli i piwnych ogródków. W „Boczce" (po naszemu beczce) przy Rynku, przepyszna solianka oraz placki ziemniaczane z sosem grzybowym, które wybieramy z wielu propozycji menu. Ale przecież nie będę tu pałaszował kawioru czy kotletów po kijowsku, skoro mam w ofercie mamałygę czy kuleszę, a więc pyszną kaszkę kukurydzianą, serwowaną ze skwarkami lub z bryndzą, a do tego kiszone, zielone pomidory! Ciekawe, że wśród nowych restauracji nie zabrakło nawiązania do dawnych tradycji, czego dowodem stylowa restauracja „Starij Stanisławiw" z polskim orłem przy wejściu oraz starymi fotografiami. W centrum Lwowa, zwłaszcza przy Rynku i cudownych uliczkach Starówki, knajpa przy knajpie, jak za dawnych czasów. I jest w czym wybierać. Przy okazjiwarto wspomnieć, że i we Lwowie nie ucieka się od dawnych tradycji. Ukraiński pisarz, Jurij Wynnyczuk, z benedyktyńską starannością przestudiował i napisał liczącą blisko 500 stron i starannie wydaną monografię „Knajpy Lwowa", która dzięki wydawnictwu Rea została przetłumaczona na polski i ukazała się również w identycznej formie u nas. I jest tam mnóstwo cudownych anegdot nie tylko o kawiarniach i knajpach, ale i batiarskich mordowniach galicyjskiego oraz polskiego Lwowa XIX i XX wieku.
Po dwóch latach od poprzedniej wizyty rzuca się w oczy mnogość banków, których przed tym nie było prawie wcale, oraz właśnie piwiarń, barów, kawiarń i restauracji. Są to widoczne znaki postępu, od małych miast, po Stanisławów czy Lwów. Konkurencja oczywiście wzbogaca ofertę i sądzę, że w najbliższym czasie wpłynie również na poprawę obsługi. Ładne skądinąd powszechnie kelnerki niejednokrotnie zachowują się jak królewny, którym w najmniejszym stopniu zależy na klienteli. Stąd może i kariera niezwykłego dla nas zjawiska - jadalni na tarasach przy sklepach spożywczych, zwłaszcza delikatesowych lub w pobliżu hoteli. Przez kilka dni miałem okazję nie tylko obserwować, ale i korzystać z takiego tarasu przed hotelem „Nadija" w Stanisławowie. Przychodzi się tam tłumnie, zajmuje stoliki pod parasolami, po czym w delikatesach obok kupuje piwo, wino, szampan czy wódkę, w stanie do natychmiastowego spożycia, bo prosto z lodówek. Piwo dostajemy w kuflach, pozostałe trunki natomiast pijemy z plastikowych kubków. Do tego kurczaki z rożna, natarte czosnkiem ziemniaki zapiekane ze słoninką w folii (pyszne!) i co tam jeszcze chcemy, względnie na co nas stać. Ceny oczywiście detaliczne, bez żadnych narzutów. I biesiadujemy do 23-ciej! W zachodniej Ukrainie nie ma zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych. I o dziwo, ta swoboda w piciu alkoholu nie przekształca się w burdy, hałasowanie, awantury, a najwyżej w śpiewanie sentymentalnych dumek. O czym przekonałem się osobiście, mieszkając kilka dni w hotelowym pokoju z oknem wychodzącym na taras. Absolutnie dla mnie niepojęte! I u nas niemożliwe. No i pierwszy raz akurat w tej dziedzinie skonstatowałem, że można tej obyczajowości pozazdrościć.