Poradnik Restauratora
Felieton - Poziom gastronomiczny
Autor: Tadeusz Olszański

POZIOM GASTRONOMICZNY

Ani spostrzegliśmy się, a ukształtowało się nam zupełnie nowe zjawisko gastronomiczne. Powstało ono nie tyle niespodziewanie, ile w sposób całkowicie logiczny. Wielkie centra handlowe stały się bowiem nie tylko miejscem zakupów, ale przede wszystkim okazją do spotkań, spacerów rodzinnych i w ogóle spędzania wolnego czasu. A gdzie ludzi tłum, tam przecież i jedzenie oraz picie być musi! Stad i poziom gastronomiczny. W dosłownym tego słowa znaczeniu.

Obojętnie, w którym z warszawskich supermarketów - czy to będą Złote Tarasy w samym centrum stolicy, czy też Arkadia, Galeria Mokotów lub Blue City, wszędzie gastronomia koncentruje się na jednym z poziomów. Oczywiście są też liczne rozsiane tu i ówdzie kafejki czy też restauracje, ale najważniejsze dla supermarketów jest skoncentrowanie kilku, ba, kilkunastu nawet... - i tu problem, bo nie wiem, jak je nazwać - punktów gastronomicznych, obok siebie tworzących coś w rodzaju jednej, wielkiej, podzielonej na segmenty sali, łącznej i oddzielnej zarazem dla wszystkich ulokowanych na tym poziomie sieci kulinarnych.

Warto się temu nowemu zjawisku przypatrzeć na konkretnym przykładzie. Wybieram Blue City, bo to na obrzeżach Warszawy, przy Alejach Jerozolimskich za Dworcem Zachodnim, w drodze na Włochy i Pruszków. Ale i tu mnóstwo gości na gastronomicznym piętrze. Więc zgodnie obok siebie egzystuje aż 12 (słownie dwanaście!) firm. Kto z dziećmi, ten z miejsca utknie na samym początku gastronomicznej promenady, bo nic tak nie wabi naszych pociech, jak frytki, keczup i hamburgery u McDonaldsa! Zaraz za nim „Chata Włoska" z kompletem spaghetti, lasagne czy papardelle. Obok jest „Jesiotr" i już kolej na szczupaka, dorsza, pangę, karpia i mintaja na różne sposoby. A potem „Subway", czyli sandwicze klasyczne i gorące plus sałatki. „Lokanta" z kolei przeniesie nas w bliskowschodnie regiony kebabu i szaszłyków dekorowanych orgią surówek. „Pizza Hut", jakże inaczej, też jest tu obecna. I mocny polski akcent, czyli „Chata pyszności", od placków ziemniaczanych i pierogów poczynając, aż do klasycznego schaboszczaka. „Wiking", który na starcie specjalizował się w rybach, proponuje obecnie szeroką gamę potraw i jako jedyny wzmacnia apetyt winem w małych butelkach. „Czerwony Smok" przeniesie nas w rozkosze chińskiej sztuki kulinarnej. Ze „Sphinxem" wrócimy pod piramidy, by natychmiast dyskretnie zamknąć się w wyizolowanym ogródku sushi baru „Sakiry". A na zakończenie wylądujemy w kawiarnio-lodziarni „Pertutti" proponującej nie tylko 28 rodzajów lodów (wszystkie produkowane na miejscu bez używania preparatów chemicznych!), ale i boską kawę - na czele z supermocnym espresso, które postawi nas na nogi po największym nawet obżarstwie!

Od tej wyliczanki przejdźmy do wspólnego mianownika wszystkich reprezentowanych w Blue City sieci. Po pierwsze - schludność, czystość, wygoda. Po drugie - olbrzymia oferta, a zatem i konkurencja, która wpływa na wysoki poziom. Tu nie może być pudła, nie wolno niczego zepsuć, bo straci się klientów. Po trzecie - nim się skosztuje tego, co się zamówi, je się oczyma i nosem, wszystko musi być świeże, barwne, ładnie pachnieć. Niebywałe, na gastronomicznym piętrze nie czuć frytury! Oszałamiają natomiast smakowite aromaty. Po czwarte - o klienta trzeba walczyć! Stąd barwne reklamy i atrakcyjne cenowo propozycje najrozmaitszych zestawów. Po piąte - życzliwość obsługi, która w naszej obecności przygotuje, poradzi, zważy, wyceni i przyjmie zapłatę. Słoiczek lub puszka na złotówkę uznania niczego nie wymusza, jest absolutnie dobrowolna. Po szóste - przy stolikach można spokojnie pobiesiadować nie tylko w rodzinnym gronie z dzieciakami, ale i w młodzieżowej kompanii, tyle ile się zechce, obojętnie przy frytkach z coca colą czy też obfitym posiłku. No więc w tych gastro-jadalnio-restauracjach z reguły jest fajnie. Po prostu na poziomie!