Poradnik Restauratora
Felieton - Przysmaki Kubusia Puchatka
Autor: Tadeusz Olszański

PRZYSMAKI KUBUSIA PUCHATKA

„Małe co nieco"jest jedynym w swoim rodzaju lokalem gastronomicznym nie tylko w Warszawie, ale chyba i w Polsce. To niemożliwe! - krzykniecie zapewne, drodzy Czytelnicy, zasiadający co miesiąc przy  moim felietonowym stoliku. No to posłuchajcie...

Na rogu ulicy Świętokrzyskiej i Kubusia Puchat­ka od bardzo wielu lat znajduje się sklep spożywczy, a przy nim mała salka, w której już za czasów socjali­zmu, a nawet w latach stanu wojennego, znajdowało się coś pośredniego między barem mlecznym, garmażerką i garkuchnią. Rzecz w tym, że na miejscu lub na wynos można było szybko zjeść coś gorącego na stojąco. Choć­by kaszę gryczaną z jakimś sosem w czasach niedostat­ku, kiedy w znajdującym się obok spożywczaku nawet i tego nie było. Bo sklepem zarządzały „Konsumy", a jak wiadomo wojsku wszystko było wolno. Potem ten sklepo-barek przejęło „Społem" i może dzięki unoszącemu się nad tym miejscem duchowi Kubusia Puchatka, któ­rego imieniem nazywa się narożny zaułek, zachowało konwencję. I w taki oto sposób lokalik nie tylko dotrwał do transformacji, ale też dzięki przesympatycznej nowej właścicielce rozwinął skrzydła do lotu. Pani Elżbieta Śródkowska, która oczywiście w dzieciństwie, jak i my wszyscy, czytywała „Kubusia Puchatka" dostrzegła bo­wiem sens właśnie takiego lokalu, a nawet z kart książki wzięła nazwę zarówno dla sklepu, jak i sąsiadującego z nim barku. Przypomnijmy zatem, że Kubuś Puchatek lubił przekąsić swoje małe Conieco o jedenastej rano i cieszył się bardzo widząc, jak Królik wydobywa z szaf­ki garnuszki i talerze, i gdy Królik zapytał: - Co wolisz miód czy marmoladę do chleba? - Puchatek był tak wzruszony, że powiedział: - Jedno i drugie!
Do naszego - pisanego troszkę inaczej - „Małe­go co nieco" można natomiast wpaść, by zaspoko­ić apetyt już od siódmej rano do ósmej wieczorem. A nieustanna wręcz kolejka do kasy barku wynika po pierwsze ze smaczności wielce prostych kompo­zycji kulinarnych, a po drugie z niezwykle przystęp­nych cen. Od siebie dodam jeszcze trzeci czynnik, a mianowicie to, iż chyba tylko w tym jednym jedy­nym barku można sobie przypomnieć zapomniane przez naszą gastronomię cynaderki. A zamawia się wszystko na wagę, według woli, choćby 5 deko! I jest w czym wybierać, że podam tylko kilka propozycji. Wzmiankowane cynaderki - 3 zł, fasolka po bretońsku - 2,80 zł, golonka: gotowana - 2,80 zł, pieczona - 3,90 zł, wszystkie sałatki i surówki - 1,90 zł, że już nie wspomnę o pierogach i kotletach, które mają naj­większe wzięcie. Wszystkie ceny za 10 dag! Do tego napoje, włącznie z piwem po sklepowych cenach! W salce są 2 stoły, każdy z ośmioma krzesłami plus dwie wygodne lady przy ścianach, a wzdłuż jeszcze jakieś 15 wysokich stołków. No i proszę Państwa do pół tysiąca gości dziennie! Bo wszystko gotowane na miejscu, świeżutkie, prosto z garów. A dostawy z własnego obok sklepu.
Czy coś podobnego jeszcze gdzieś istnieje? W Cze­chach i na Słowacji w sklepach spożywczych sprzedaje się do zjedzenia na miejscu smaczne kanapki. Na Wę­grzech w sklepach mięsnych zawsze można zjeść na miejscu parówki lub kiełbasę na gorąco z musztardą, chrzanem i świeżym pieczywem. I chyba to wszyst­ko. A jednak to, że czegoś podobnego w tej chwili nie uświadczysz, nie oznacza bynajmniej, iż tego nie było. Współczesne „Małe co nieco" nawiązuje bowiem do przedwojennej tradycji pokojów do śniadań przy skle­pach zwanych „handelkami", które były specjalnością XIX-wiecznej Warszawy. Rozpisywał się o nich z za­chwytem doskonały varsavianista Wiesław Wiernicki w swoich „Wspomnieniach o warszawskich knajpach". Było ich pełno w centrum i na Pradze. Najsłynniejszy był w Warszawie „Stępek" na Wierzbowej koło Teatru Narodowego. Mnóstwo pokoi śniadaniowych było też w tym czasie w Łodzi, a także Galicji - w Krakowie, we Lwowie, Stanisławowie. Te pokoje śniadaniowe znaj­dowały się z reguły na tyłach eleganckich sklepów ko­lonialnych i spotykało się w nich towarzystwo załatwia­jące swoje handlowe interesy. Stąd i nazwa „handelek"! Z tym, że serwowano w nich i wódeczkę, bo jakże przy interesach mogło być inaczej.

Tradycja tradycją i bardzo dobrze, niemniej Pani El­żbiecie udało się z pożytkiem dla licznej klienteli wcielić w życie nową formułę, z której z powodzeniem korzy­stają zarówno „białe kołnierzyki" z pobliskich banków, jak i nieustannie remontujący Krakowskie Przedmieście drogowcy, a także studenci i profesura z UW. Bo szyb­ko i smacznie!