PRZYSMAKI KUBUSIA PUCHATKA
„Małe co nieco"jest jedynym w swoim rodzaju lokalem gastronomicznym nie tylko w Warszawie, ale chyba i w Polsce. To niemożliwe! - krzykniecie zapewne, drodzy Czytelnicy, zasiadający co miesiąc przy moim felietonowym stoliku. No to posłuchajcie...
Na rogu ulicy Świętokrzyskiej i Kubusia Puchatka od bardzo wielu lat znajduje się sklep spożywczy, a przy nim mała salka, w której już za czasów socjalizmu, a nawet w latach stanu wojennego, znajdowało się coś pośredniego między barem mlecznym, garmażerką i garkuchnią. Rzecz w tym, że na miejscu lub na wynos można było szybko zjeść coś gorącego na stojąco. Choćby kaszę gryczaną z jakimś sosem w czasach niedostatku, kiedy w znajdującym się obok spożywczaku nawet i tego nie było. Bo sklepem zarządzały „Konsumy", a jak wiadomo wojsku wszystko było wolno. Potem ten sklepo-barek przejęło „Społem" i może dzięki unoszącemu się nad tym miejscem duchowi Kubusia Puchatka, którego imieniem nazywa się narożny zaułek, zachowało konwencję. I w taki oto sposób lokalik nie tylko dotrwał do transformacji, ale też dzięki przesympatycznej nowej właścicielce rozwinął skrzydła do lotu. Pani Elżbieta Śródkowska, która oczywiście w dzieciństwie, jak i my wszyscy, czytywała „Kubusia Puchatka" dostrzegła bowiem sens właśnie takiego lokalu, a nawet z kart książki wzięła nazwę zarówno dla sklepu, jak i sąsiadującego z nim barku. Przypomnijmy zatem, że Kubuś Puchatek lubił przekąsić swoje małe Conieco o jedenastej rano i cieszył się bardzo widząc, jak Królik wydobywa z szafki garnuszki i talerze, i gdy Królik zapytał: - Co wolisz miód czy marmoladę do chleba? - Puchatek był tak wzruszony, że powiedział: - Jedno i drugie! Do naszego - pisanego troszkę inaczej - „Małego co nieco" można natomiast wpaść, by zaspokoić apetyt już od siódmej rano do ósmej wieczorem. A nieustanna wręcz kolejka do kasy barku wynika po pierwsze ze smaczności wielce prostych kompozycji kulinarnych, a po drugie z niezwykle przystępnych cen. Od siebie dodam jeszcze trzeci czynnik, a mianowicie to, iż chyba tylko w tym jednym jedynym barku można sobie przypomnieć zapomniane przez naszą gastronomię cynaderki. A zamawia się wszystko na wagę, według woli, choćby 5 deko! I jest w czym wybierać, że podam tylko kilka propozycji. Wzmiankowane cynaderki - 3 zł, fasolka po bretońsku - 2,80 zł, golonka: gotowana - 2,80 zł, pieczona - 3,90 zł, wszystkie sałatki i surówki - 1,90 zł, że już nie wspomnę o pierogach i kotletach, które mają największe wzięcie. Wszystkie ceny za 10 dag! Do tego napoje, włącznie z piwem po sklepowych cenach! W salce są 2 stoły, każdy z ośmioma krzesłami plus dwie wygodne lady przy ścianach, a wzdłuż jeszcze jakieś 15 wysokich stołków. No i proszę Państwa do pół tysiąca gości dziennie! Bo wszystko gotowane na miejscu, świeżutkie, prosto z garów. A dostawy z własnego obok sklepu. Czy coś podobnego jeszcze gdzieś istnieje? W Czechach i na Słowacji w sklepach spożywczych sprzedaje się do zjedzenia na miejscu smaczne kanapki. Na Węgrzech w sklepach mięsnych zawsze można zjeść na miejscu parówki lub kiełbasę na gorąco z musztardą, chrzanem i świeżym pieczywem. I chyba to wszystko. A jednak to, że czegoś podobnego w tej chwili nie uświadczysz, nie oznacza bynajmniej, iż tego nie było. Współczesne „Małe co nieco" nawiązuje bowiem do przedwojennej tradycji pokojów do śniadań przy sklepach zwanych „handelkami", które były specjalnością XIX-wiecznej Warszawy. Rozpisywał się o nich z zachwytem doskonały varsavianista Wiesław Wiernicki w swoich „Wspomnieniach o warszawskich knajpach". Było ich pełno w centrum i na Pradze. Najsłynniejszy był w Warszawie „Stępek" na Wierzbowej koło Teatru Narodowego. Mnóstwo pokoi śniadaniowych było też w tym czasie w Łodzi, a także Galicji - w Krakowie, we Lwowie, Stanisławowie. Te pokoje śniadaniowe znajdowały się z reguły na tyłach eleganckich sklepów kolonialnych i spotykało się w nich towarzystwo załatwiające swoje handlowe interesy. Stąd i nazwa „handelek"! Z tym, że serwowano w nich i wódeczkę, bo jakże przy interesach mogło być inaczej.
Tradycja tradycją i bardzo dobrze, niemniej Pani Elżbiecie udało się z pożytkiem dla licznej klienteli wcielić w życie nową formułę, z której z powodzeniem korzystają zarówno „białe kołnierzyki" z pobliskich banków, jak i nieustannie remontujący Krakowskie Przedmieście drogowcy, a także studenci i profesura z UW. Bo szybko i smacznie! |